Hej,
poniżej prezentuję nadesłaną przez Damiana historię jego zmagań oraz zmian jakich dokonał. Dziękuję przede wszystkim za chęci, bo wiem, iż niewiele osób paradoksalnie się na to decyduje. Czasami trzeba mieć po prostu wenę, aby coś naskrobać. Zresztą dawniej też pisałem własne zmagania i wydaje mi się, że zawsze przy tym jest sporo pytań a szczególnie – Jak to wszystko tak naprawdę opisać? ;p
Zachęcam jednak innych! Tych którzy już mogą i tych, którzy kiedyś będą mogli. Przypominam, iż w tym celu fajnie jest skorzystać z gotowego formularza: Podziel się historią odburzenia i pracy nad sobą.

* Małe sprostowanie.
Damian w opisie historii wspomniał, iż był zaskoczony, że na terapiach dla osób z rodzin dysfunkcyjnych prowadzę zajęcia, poruszając tematykę doświadczeń z przeszłości i emocji z tym związanych i nazwał to terapią psychodynamiczną. To nic złego, że tak zrobił, ale chciałbym tu przy okazji krótko wyjaśnić coś, co zwykle jest nieprawidłowo rozumiane. Terapie psychodynamiczne nie mają monopolu na terapię wglądową, terapie poznawcze tak samo umożliwiają wgląd w siebie. Terapie te różnią się po prostu w pewnych można powiedzieć – dogmatach i sposobie ich prowadzenia.
Psychodynamiczna opiera się głównie o relację między pacjentem a terapeutą, w skrócie omawiając — terapeuta poprzez własne zachowanie (często milczenie) ma na celu wzbudzić w pacjencie określone reakcje, popędy oraz potrzeby i jednocześnie nie dawać ich zaspokojenia, przez co konflikty nieświadome mają stać się rzekomo świadome. Zaznaczam, iż to jest bardzo ogólnie opisane, ale poruszając sedno sprawy.
Natomiast terapie poznawcze również opierają się o relację klient — terapeuta tylko w innym wydaniu, w tym wypadku (pomijając tematykę mechanizmów samego zaburzenia lękowego) terapeuta omawia z klientem jego obecne szkodliwe dla niego zachowania, nadmierne reakcje emocjonalne w różnych sytuacjach i jednocześnie przez pewien czas analizując wspólnie z nim jego przeszłość, może pomóc mu uświadomić się i ustalić razem schematy i błędne przekonania (konflikty wewnętrzne), które klient nabył w okresie dorastania a którymi posługuje się nadal obecnie, co zwykle może mu szkodzić.
Natomiast w obydwu przypadkach istotne jest, aby pewne emocje np. między innymi żal związany z przeszłością, różnymi wydarzeniami (który przekłada się najczęściej na złość i frustrację) zostały omówione a sytuacje, które żal rodzą zaakceptowane.
To taka krótka informacja, gdyż błędnie zakłada się, iż terapie poznawcze mają na celu pracę tylko nad zaburzeniami. Nie jest to prawda i przypominam, iż pojęcia takie jak schematy, błędne przekonania, które przecież uznaje się za konflikty wewnętrzne, są wynikiem teorii poznawczych.
Nie ma więc nic dziwnego w tym, że w wielu wypadkach skupiam się również nad przeszłością danej osoby, szczególnie gdy nie pracujemy stricte nad zaburzeniami lękowymi.
Divovic był stworzony z myślą o mechanizmach zaburzeń lękowych, gdyż w tamtym czasie bardzo niewiele osób o tym mówiło, w tym również często sami terapeuci nie zawsze się w tym odnajdywali, przez co skazywali wielu zaburzonych na dodatkowe cierpienia, nie wyjaśniając im prawie wcale, czemu czują się tak, jak się czują. Tak więc odburzanie przez wiele lat było z tym tematem powiązane i nadal jest w mojej pracy nad zaburzeniami.
Nie oznacza to jednak, że odburzanie to cała psychologia, dlatego zresztą poświęciłem i nadal poświęcam czas na zgłębianie wiedzy o pracy z osobami, które mają konflikty wewnętrzne, aby o ile się da — pewne rzeczy najpierw rozdzielić, a potem połączyć w całość w pracy nad sobą, jeśli jest to wykonalne w danym czasie dla danej osoby.
A teraz do rzeczy! ;p Nadesłana historyja.

Imię?
Damian

Czy problemy emocjonalne były u Ciebie obecne już w dzieciństwie, okresie dorastania? Jak to wyglądało?
W dzieciństwie byłem mocno zamknięty w sobie, wiele spraw przeżywałem nie rozmawiając o tym z nikim ale nerwic żadnych nie miałem w tamtym okresie i uważam że żyło mi się znośnie mimo rodziców bardzo zajętych sobą

Jak zaczął się Twój najgorszy okres zaburzenia? Czy poprzedzały go stresy, sytuacje trudne? Były obecne jakieś zapalniki?
Dla mnie zapalnikiem dla zaburzenia była obsesja na punkcie wagi i osiągnięć stawianych mi na kursach z rozwoju osobistego a jeszcze wcześniej były to duża i nieadekwatna złość obecna ze mną codziennie i skrywanie w sobie innych emocji i problemów

Opisz objawy (somatykę, myśli, emocje, poczucia, odczucia, wrażenia, “jakbym”, zachowania, dd), które dominowały w Twoich zaburzeniach
Ciśnienie w oczach ale pomiary ciśnienia raczej dobre, badania też, było to silne uczucie parcia na oczy, drętwienie rąk, głowy oraz karku, dwa razy wyszła mi też w teście tężyczka ale była ona dodatkiem do nerwicy i brała się od niej i były momenty w których łatwo to mogłem zweryfikować, leczenie tężyczki łagodziło jedynie objawy mięśniowe i zresztą nie leczyłem tego jakoś specjalnie bo wiedziałem że mam ją od tego co się dzieje z moją głową, uczucie dziwności i zmienionej percepcji wokół mnie, wysoka świadomość otoczenia i odbierania bodźców aż musiałem dawać sobie chwilę żeby zamknąć oczy, bo czułem ból wewnętrzny przy nawet prozaicznych czynnościach, brak odczuwania siebie ale nie ciała czy tożsamości ale czułem że zmieniłem się i miałem takie silne poczucie, dużo myśli dotyczących choroby mojej mamy i strach, że będę miał tak samo i nigdy się to nie skończy, tak jak i u niej się nie skończyło, strach, że będę tak jak ona musiał brać leki całe życie a widziałem jak różnie po czasie na nią działały, dużo złości w sobie i budowanie kokonu, tłumienie w sobie problemów, niechęć do nawiązywania bliskich relacji i strach przed oceną, małomówność spowodowana strachem, natrętne myśli egzystencjalne i główną wkrętka że wyzdrowieć mogę tylko poprzez utratę wzroku bo nie mogę nie widzieć dd bo ono jest widoczne bo wpływa na percepcję, towarzyszące mi uczucie strachu, że stanie się coś strasznego i to za chwilę a za chwilę nie działo się nic ale strach nadal był taki sam, stany depresyjne i niechęć do zajmowania się nawet zwykłymi obowiązkami

Przedstaw swoją historię zaburzenia/odburzenia. Napisz tyle ile chcesz. 🙂
Skryty w sobie typ i zdepersonalizowany ale skryty byłem odkąd pamiętam a zdepersonalizowany od 24 wiosny. Teraz mam 30 i wróciłem do zdrowia. Wyzdrowiałem choć ostatnie kilka lat czułem się mocno schorowany. Zaczynając od początku to u mnie w domu nigdy nie rozmawiało się o emocjach, rozmawiało się tylko o chorobie i emocjach mojej mamy. Historia domowa jakich setki tylko u mnie zamiast alkoholu była choroba psychiczna. Moja mama miała zaburzenia urojeniowe i psychozy choć same diagnozy miewała różne. Tata się od tego w pewien sposób odciął i żył sam ze sobą, niby z nami ale nie z nami. Pewnie tak sobie z tym radził. 🤐Nie żyło mi się jakoś najgorzej kiedy byłem młodszy i nie zdawałem sobie sprawy, że to moje zamknięcie w sobie jest czymś niepoprawnym, może poza sytuacjami w których nagromadziło się za wiele i miałem okresy wybuchów złości a nawet agresji. Już wtedy miałem pierwszy kontakt z psychologiem jak miałem około 19 wiosen. Głównie uczyłem się u niego technik oddechowych i medytacji a z tymi technikami to było tak że działały na chwilę, choć medytuję do dziś dość regularnie więc to jedyny plus z tego bo medytacja fajnie czasami oczyszcza. Chodziłem do niego z pół roku aż jakoś przestałem mimo że nie zmieniło się we mnie nic ale też nie do końca wiedziałem co ma się zmienić. Trochę później już na studiach odeszła moja mama na zawał i było to nagłe i szokujące dla mnie i taty. Mieszkałem już wtedy w swoim wynajętym od roku mieszkaniu ale pamiętam, że zacząłem mieć przeświadczenie jakbym dopiero wczoraj się wyprowadził, nie umiałem płakać ani przyjąć do wiadomości tego co się stało. Powoli wszystko normowało się ale miałem od tamtej chwili jeszcze więcej złości w sobie, którą niestety przelewałem na innych wokół mnie. 🤔🤐Zainteresowałem się rozwojem osobistym bo wydawał mi się słuszną drogą ale okazał się dla mnie bardzo szkodliwy. Myślę że chciano mnie wrzucić na głęboką wodę a ja nie byłem na to gotowy. Bardzo wysoko stawiano poprzeczkę osiągnięć osobistych i dużą rolę odgrywał wysiłek fizyczny i od tego momentu uważam że zaczęły się już nerwicowe problemy. Wtedy nie wiedziałem nic o nerwicy bo z poprzednim psychologiem nie rozmawiałem o tym prawie wcale, bo nerwicy wtedy nie miałem ale rozwój osobisty sprawił, że zacząłem mocno i obsesyjnie skupiać się na wadze i bardzo dołować kiedy coś szło nie po mojej myśli i wedle planu rozwoju. 🤪Dla mnie wtedy było to normalne i wydawało mi się że każdy stara się być najlepszy w tym towarzystwie i każdy chce mieć dobre diety i spadek masy a wzrost tkanki mięśniowej oraz odnosić sukcesy i czuć się najlepszym. Dostałem na tym punkcie w głowę i zaczęły mnie łapać doły bo nie do końca udawało mi się to realizować. Pewnego dnia złapał mnie stan przypominający w szczegółach atak paniki. Zrobiło mi się niedobrze i poczułem wielki strach jakby coś miało się za chwilę wydarzyć nieprzewidywalnego, a ja umieram albo zaczyna mi się to co miała moja mama. Trwało to kilka godzin i nie mogłem wtedy zrobić nic poza wstawianiem i kładzeniem się na zmianę, nie mogłem skupić się na czymkolwiek, nie byłem w stanie a myśli było tak dużo w jednej że nie wiedziałem czego one dotyczą i wierzyłem wtedy w to że dostanę urojeń. W końcu się popłakałem i po tym zasnąłem. W kolejnych dniach już nie było tak jak zwykle ale nie miałem jeszcze derealizacji. Czułem się niespokojnie, jakby miało coś się stać i ten strach mi już niestety nie przestał towarzyszyć. Myślę że wiele osób może tak opisywać lęk, jakby coś było źle i miało zaraz wydarzyć się ale nie wiem co dokładnie ale na pewno coś strasznie złego. Udałem się do ostatniego psychiatry mojej mamy bo byłem przekonany, że mam to co ona i są to tego początki. Zdiagnozowała mi wtedy depresję maskowaną i dała zomiren trzy razy dziennie i mozarin, tego drugiego trochę nie chciałem brać i ratowałem się samym zomirenem, który znałem już trochę bo i moja mama czasami brała takie leki. Zrobiłem też badania które wyszły książkowo ale mój stan nadal się pogarszał. Po niespełna miesiącu uczucia, że coś jest nie tak dostałem silnego parcia w głowie, dziwnego ciśnienia w oczach i od tej chwili poczułem się zupełnie inaczej. Żeby wam podkreślić jak trudno mi to opisać to dodam, że opis tych objawów skreślam już szósty 🤔🤨🤪raz bo nie mam słów żeby opisać to dziwne uczucie zwalające z nóg. Czułem się wyalienowany z danej chwili, jakbym się zmienił ale nie umiał powiedzieć jak ale na pewno było inaczej niż normalnie. Zmienił się sposób patrzenia i myślenia. Wszędzie gdzie byłem to wiedziałem że tam jestem ale jakby mnie nie było, ani nie duch ani nie człowiek tylko sama istniejąca kula myśli i to mało przyjemnych. W przeciwieństwie do wielu innych osób czułem swoje ciało i tożsamość ale nie do końca siebie. Wyostrzył mi się też powiedzmy wzrok choć to nie o wzrok chodziło, a świadomość otoczenia a wzrok był po prostu pośrednikiem. Było to najgorszym uczuciem tego stanu bo zacząłem świat odbierać jakby na innej fali, mocniej i większa ilość zamieszania wokół i mam na myśli tu zwykłe codzienne sprawy aż mnie bolała w środku, wszystko było z innej perspektywy ale nie wiem jak to opisać dokładnie. Nie potrafię🤔😑 i kto tego nie miał to ni zrozumie, było dziwnie inaczej i o wiele mocniej nasiliło mi to lęk czyli uczucie że coś zaraz się wydarzy bardzo złego. Nachodziły mnie co kilka dni fale depresyjne, bo w tym wszystkim straciłem sens robienia czegokolwiek choć od początku starałem robić się coś na siłę chociażby trochę. Udałem się ponownie do poprzedniej psychiatry i zacząłem brać mozarin, był to antydepresant którego do tej pory nie brałem ale tym razem strach wygrał i wziąłem. Poprawa nastąpiła po ponad 2 miesiącach ale tylko częściowo w napięciu i częściowo w tych uczuciach odrealnienia od miejsca w którym jestem i siebie. Branie tego leku miało pewien minus bo otępił mi jeszcze bardziej moje pozytywne emocje. Wtedy trafiłem na pierwszą terapię emdr, jeśli ktoś nie wie co to jest to jest to w skrócie terapia opukiwania traum i uwalniania ich. Niestety nie odczułem na sobie wpływu opukiwania ale terapia nie była całkiem pozbawiona sensu. Psycholog był dobry i pierwszy raz od niego usłyszałem, że jestem bardzo w sobie pozamykany i stąd moja częsta złość. Niestety też uparł się za bardzo na teorię, że moje zaburzenie to trauma po śmierci mamy i dłuższy czas na tym się skupialiśmy. Chodziłem na to prawie rok ale trochę chyba z nadzieją, że te rytuały opukiwania pomogą ale też potrzebowałem wtedy wsparcia psychologa a on mi je w tamtym czasie dawał choć trochę iluzyjne bo zaburzenie nie wiązało się wcale z odejściem mamy. Szukałem mimo to w tym jakiś czas sposobu na powrót do normalności. Starałem się jakoś z tym wszystkim żyć ale byłem coraz bardziej przestraszony. Mijał drugi rok i mało co pomagało więc poszedłem do innego lekarza. Ten wykluczył depresję i powiedział że to po prostu nerwica, podwyższył dawkę mozarinu i zalecił psychoterapię ogólną i z emdr zrezygnowałem. Dostałem się wtedy na psychoterapię grupową czternastotygodniową na którą chodziło się codziennie poza weekendami. To był kolejny raz kiedy zdałem sobie sprawę jak bardzo jestem pozamykany i że tak niewiele mówię z tego co bym chciał powiedzieć, dlatego ta terapia była dla mnie dobra bo zacząłem coś z tym robić. Starałem się jak najwięcej mówić o sobie chociaż bałem się bardzo odbioru innych osób. Kiedy opowiadałem i było to coś emocjonalnego, za każdym razem drgały mi różne mięśnie ciała, najczęściej policzki ale też mięśnie nóg i rąk a czasami brzucha i trwało to przez całą terapię grupową. Była to terapia psychodynamiczna dlatego o zaburzeniu rozmawiało się mało ale był to ważny dla mnie moment zrozumienia, że nie było ze mną wcale dobrze przed zaburzeniem i był to pierwszy sygnał, że pora słuchać emocji i nie uciekać przed nimi w milczenie ani unikanie ludzi. 🤮Zaburzenie jednak trwało bez zmian dlatego po zakończeniu grupowej zostałem u tych Pań na indywidualnej. Chciałem odnieść się do zaburzenia i swoich objawów i porozmawiać o tym. Niestety Panie prowadzące które szanuję za grupową terapię były zupełnie nieprzydatne w zaburzeniu, miałem wrażenie że trochę zbyt mocno skupiają się na mojej mamie co też zwiększało mi strach, że skoro nie mogę zmienić przeszłości a mama nie żyje, to jak mam zacząć czuć się dobrze? Nie otrzymywałem na to żadnych odpowiedzi i pogłębiało to wtedy moje stany. Po prostu to nie była terapia dla zaburzeń takich jak depersonalizacja z nerwicą ale nie poddawałem się wtedy, bo nie znałem też innej drogi i zacząłem się zastanawiać czy lek mozarin, który znieczulał trochę moje emocje nie jest powodem tego, że na terapii mi nie idzie. Postanowiłem go zmniejszać i odstawić a mój lekarz się zgodził. Niestety zrobiłem to być może za szybko bo po czterech tygodniach od odstawienia poczułem się dużo gorzej i chociaż próbowałem skupić się na psychoterapii to nie szło, koncentracja bardzo spadła a strach wrócił i to silniejszy niż wcześniej. Miałem wtedy krótką przygodę z innym antydepresyjnym lekiem a potem znowu powrót do mozarinu tylko w mniejszej dawce. Nie pamiętam już jak długo chodziłem na psychodynamiczną ale na pewno około roku i grupowa terapia przy tych tych Paniach przydała mi się ale indywidualną oceniam jako stratę czasu bo za duży wtedy był nawał objawów. W między czasie w moje ręce wpadł DiwoWick za którego szacun i uznanie. Śmieszne bo trafiłem na niego przez mojego tatę, który po śmierci mamy nie najlepiej radził sobie z alkoholem dostał stanów lękowych choć nigdy wcześniej nie pił. DiwoWick bardzo mnie zmotywował, nawet psychoterapeutka zaczęła mówić, że pozbywam się blokady😅 ale to był tylko efekt nastawienia i wiary w to, że można z tego wyjść. Po czasie znowu mi siły opadły bo ciągle czułem się źle. Mozarin nie działał już na mnie w mniejszych dawkach a zwiększać nie chciałem ani leku zmieniać też nie, bo źle to znosiłem więc zmieniłem terapię na PoznawczoBehawioralną dodatkowo opierając się o kanał DiwoWicka. Terapia była całkiem fajna i znowu nabrałem siły, było wiele ćwiczeń ale to też było okresowe i po dziewięciu miesiącach zadania zaczęły się kończyć a ja akurat jak na złość miałem spory kryzys i niestety terapeutka zaczęła wspominać o zmianie leków bądź zwiększeniu dawki a to bardzo nadszarpnęło mi wiarę w moje wyzdrowienie. Poczułem, że ona sama nie ma już nowych zadań dla mnie ani na moje objawy. Tak jakby się poddała. Leki odstawiłem sam i miałem zmieniać terapię na kogoś poleconego ale natknąłem się na zajęcia grupowe u Wiktora dla dda i w taki sposób związałem się z nim terapią na ponad dwa lata, bo przyjął mnie też na indywidualną choć na początku indywidualna odbywała się bardzo rzadko ale też treściwie.
Terapie grupowe przeszedłem u niego dwie i były bardzo podobne do tej, którą miałem w poradni. Pamiętam, że mnie trochę to zdziwiło jak chyba tam wszystkich, którzy znali nagrania bo Wiktor zawsze kojarzył mi się z DiwoWickiem a nie terapią psychodynamiczną 😅i rozmowami o emocjach i przeszłości.
Terapie grupowe wszystkie na jakich byłem były dla mnie bardzo ważne, bo na nich uczyłem się obserwować swoje emocje, słuchać ich i mówić o nich oraz zmniejszać strach przed oceną mojej osoby przez samo to, że się odzywałem a potem analizy ścinałem jak głowy. Sam opis tej historii jest dowodem mojej zmiany bo nie napisałbym go jeszcze 4 lata temu nawet w małej części tego co napisałem teraz. Byłyby to może cztery zdania a teraz piszę i mówię co myślę i co czuję i nie jest mi z tym źle. Nawet uważam że jest to ważne i potrzebne a kiedyś sądziłem że to się nie liczy i nie ma sensu o sobie mówić, bo to nic nie da 🤐🤔🤫a to nie jest prawda. Druga terapia grupowa u Wiktora była przyznaję lepsza niż pierwsza, 😜bo dotyczyła złości i przeszłości czyli idealna dla mnie. Grupa też była bardziej zgrana i z podobnym problemem co też myślę miało na to wpływ. Po tych trzech terapiach grupowych złości w moim życiu pojawia się dużo mniej i bardzo rzadko a nawet bardziej w sytuacjach normalnych, nie zbieram też innych emocji już w sobie tylko staram się je ujawniać jeśli sytuacja na to pozwala. Wyrzuciłem też z wątroby złość na mamę, która była obecna widocznie w mojej podświadomości a po jej śmierci nasiliła się bo nie miałem już jak tego naprawić. Ten wątek mógłbym opisywać długo ale kto ma taki sam problem to musi to przejść i niekoniecznie samemu, bo najlepiej właśnie mówić o tym przy innych osobach, szczególnie które zrozumieją a terapie są takim miejscem. Na takie problemy nie ma rady jak się wyzbyć złości tylko trzeba samemu ją z siebie wyjąć i to powoli bo chyba to zawsze dotyczy przykrych przeżyć. Wiktor nam zawsze powtarzał, że odburzanie trzeba doświadczać a nie wykonywać bezmyślnie zadania, dziś rozumiem co miał na myśli i dla zaburzenia i dla innych problemów. Pewną różnicą między terapią w poradni grupową a płatną jest to, że w poradni przez trzy ponad miesiące terapia była codziennie a tak raz w tygodniu. Dlatego jakby ktoś z was chciał się zebrać na grupową do Wiktora to ciśnijcie szefa o 2 razy w tygodniu.😜 Lepiej aby trwało to krócej ale częściej i to nie z powodu zaburzenia. Grupowe na które chodziłem nie były w ogóle z nim związane, tylko jeśli zacznie się grupową to lepiej częściej i krócej niż na odwrót. Inaczej jest z indywidualną według mnie ale na szczęście z Wiktorem akurat tak z indywidualnymi tak czy inaczej jest, bo terminy nie zawsze są stałe.😅😁 Myślę sobie też że Wiktor robi takie przerwy specjalnie🤔 bo indywidualna terapia to właśnie nie grupowa i na niej musiałem zacząć opierać się bardziej na sobie niż na nim. Wiem że u innych też tak to wyglądało na indywidualnych a z grupowymi tak nie jest a miałem okazję w obydwu brać udział. Wiktor to taki agencior 😁że można by się tego spodziewać, że to umyślne działania z jego strony ale to tylko moje i niektórych domysły. Może kiedyś szefunciu wyjawi sekret czy tak jest. 😅Dla mnie wszystkie trzy grupowe miały bardzo duże znaczenie i ta trzymiesięczna w poradni i u Wiktora dwa razy po dziewięć miesięcy ale też pierwsza indywidualna emdr prawie rok, która nic mi nie dała w zaburzeniu i też nie do końca poprawnie ocenione zostały moje przeżycia, bo śmierć mamy nie była wszystkiemu winna, ale to tam zdałem sobie z wielu rzeczy pierwszy raz sprawę.
Zaburzenie zacząłem mocniej rozumieć i pracować nad nim na indywidualnej tak naprawdę dopiero u Wiktora, 👹choć wcześniej na PoznawczoBehawioralnej także i znając na pamięć DiwoWika i jeśli chodzi o grupowe terapie to czy u Wiktora czy w poradni było w miarę porównywalnie choć ta o złości szefa była super, to przy indywidualnej Wiktor gniecie wszystkie inne jakie miałem.🙂 Uważam tak z trzech powodów ważnych dla mnie, Wiktor działa wszechstronnie i bardzo życiowo a nie tylko praktycznie, tylko trzeba za tym nadążyć, dlatego nagrywanie spotkań ma duży sens. Wiktor bardzo wierzy w swoją pracę i zawsze wierzył we mnie. Terapia indywidualna dla zaburzeń polegała na powtarzaniu najczęściej tego samego i były to rozmowy o tym samym ale zawsze z widoczną wiarą Wiktora w to co mówi. Nagrywałem za radą innego odburzonego nasze sesje i jak słuchałem co ja tam wkoło powtarzam, to po ponad roku wzbudziło to we mnie chyba większe zaufanie, bo doszedłem do wniosku, że niemożliwe żeby ktoś powtarzał wkoło to samo i to w taki sposób jak on i to nawet za tysiąc dolarów na godzinę, gdyby nie wierzył w to co sam mówi i gdyby nie był tego pewien. Było to zupełnie inne niż w wypadku wszystkich wcześniejszych terapii. Nie szło mi to w praktyce prawie wcale przez długi czas ale nigdy nie było zwątpienia z jego strony, może czasami wkur*** ale nie zwątpienie. Za co szacun i podziw i podziękowanie. Mnie to było potrzebne. Drugi powód to taki, że ta terapia nie ma kompromisów. Nie ma jakiś mało znaczących ćwiczeń, które niby oznaczają jakiś progres a potem jak znowu jest spadek formy to propozycja leków albo tłumaczenie stanu traumami, nie było też u Wiktora dawania miłych emocji na siłę a było skupienie na tym co jest. Jeśli miałem problem z przełamywaniem lęku to miałem go przełamywać, kiedy miałem problem z zaakceptowaniem, to miałem akceptować, jeżeli miałem problem z wątpliwościami to musiałem ryzykować i sam się nauczyć sobie odpowiadać nawet jak nerwica dominowała w głowie. Jeśli cierpiałem i mówiłem o tym to padała odpowiedź, że bardzo dobrze bo mam to cierpienie oswoić. Jak coś nie wychodziło to miałem dawać sobie wyrozumienie i zawsze je dostałem od niego ale w działaniu cała terapia to jedna wielka powtarzalność i brak kompromisu. Nie było dróg na skróty i widziałem takie określenie już w historii innej osoby która też wyzdrowiała z nerwicy i chodziła do Wiktora więc myślę, że na tym to się opiera i sam zresztą już wiem, że to było rzeczywistym źródłem sukcesu. 😉Powtarzalność przy czym mogłem zrezygnować albo mogłem brać w tym udział. Sam doprowadziłem do swojego sukcesu ale te dwie rzeczy w trakcie terapii były dla mnie nakierowaniem na ten sukces. Trzeci powód to podejście stanowcze do powtarzania tych samych działań ale nie oceniające.
Indywidualna trwała jakoś dwa lata, trochę dłużej niż grupowe ale nie każdego tygodnia bo z terminarzem Wiktora to było mało realne choć nie narzekam, bo spotkania miałem co 10,15 dni i do tego trzeba Wiktorowi uznać, że i tak można na niego prawie zawsze liczyć no chyba, że się wkurzy i uznał, że przesadzam z pytaniami to musiałem odpowiedzieć samemu. 😁Moja poprawa zdecydowanie zaczęła się od poprawy we mnie i ilości złości ale na to miały wpływ terapie do tego przeznaczone czyli grupowe i ta emdr, na indywidualnej nie było na to zwyczajnie czasu a z zaburzeniem było rzeczywiście tak jak mówi DiwoWick. Musiałem radzić sobie z nim oddzielnie bo żadne działania na grupowych psychodynamicznych, emdr, czy grupowych Wiktora nie dotyczyły zaburzenia a mnie samego i moich emocji innych niż objawy nerwicy, bo miałem za cel wyjście poza swój kokon i przełamanie strachu przed zbliżaniem się i oceną.
W pracy nad zaburzeniem pewnie każdy może mieć inaczej ale u mnie potrzeba było dużo ryzykowania. Myślę, że ryzykowanie raczej jest jasne dla tych, którzy trafią na forum czy stronę Wiktora dlatego nie będę się na tym skupiał bo u mnie ryzykowanie przybierało różne formy więc to zależy jak kto ryzykowanie widzi. Ryzykowaniem było samo odzywanie się na terapiach i poza nimi kiedy czułem, że nie odzywam się bo żyję w swojej głowie i było to dobre dla strachu przed oceną. Porównywałem się bardzo do mamy i jej objawów wszystkie pierwsze lata zaburzenia i bałem tego że będzie mi to co jej a nie wiadomo nawet co to było i ta niepewność mocno nakręcała. Niby wiedziałem że te objawy nie zrobią mi krzywdy ale lęk, że dostanę jak mama choroby której nikt nie rozpozna tak jak u niej był silny.🤪Tutaj też ryzykowanie było polem minowym ale chciałem zostawiać temat chociaż dobijał się on z każdej strony a to też było ryzykowaniem.
Choć się nie da uniknąć samopoczucia jakie miałem to jakimś cudem starałem się mocno unikać nasilania go przez większość zaburzonych lat i to też było dla mnie moim prywatnym ryzykowaniem w pierwszym roku terapii z Wiktorem żeby dawać sobie te objawy odczuwać w pewnych okresach w ciągu dnia. Ryzykowanie nie jest najłatwiejsze bo się wyszarpać trzeba ale przy wątpliwościach było zbawienne. Dobre w tym było to, że po pewnym czasie nawet nie musiałem już ryzykować. Wydawało mi się to trochę nawet zabawne i nie dlatego że lepiej się czułem ale miałem uczucie, że to już przestało być potrzebne i nawet śmieszne, że przychodzą do głowy dziwne myśli a ja mam ryzykować i po co skoro to tylko myśli albo jakaś tam ludzka ocena. Więc tak jakbym uzyskał dzięki ryzykowaniu po pewnym czasie większą pewność, że to co do czego tak wątpię jest tylko nerwicowe a nie naprawdę realne albo pozbawione sensu. Bez ryzykowania do śmiechu mi nie było a z ryzykowaniem mogłem potem dużo swobodniej te wszystkie myśli zostawić samym sobie i nie plątać się już w szukaniu innych diagnoz ani w tym co kto pomyśli.😉 To była pierwsza ważna zmiana ale zaburzenie miałem nadal, tylko zacząłem to zauważać, że inaczej traktuję myśli i nie muszę już ryzykować bo łatwiej mi dzięki wcześniejszemu ryzykowaniu żyć poza moją nerwicą. Przyzwolenie i akceptacja za to nie wychodziła wcale a jedną z moich najbardziej pokręconych ale mocnych wkręt była myśl, że nie mogę wyzdrowieć, bo musiałbym przestać widzieć i patrzeć na świat. Bo dopóki widzę i patrzę to nie przestanę czuć się wyalienowany z danego miejsca i tak świadomy otoczenia jak byłem. Miało to powodować, że strach o coś co się ma wydarzyć choć się nie wydarza już ze mną zostanie do końca życia. Brzmi to może absurdalnie i dziwnie ale ta myśl mi nie odpuszczała i przez to bardzo złościłem się na złe samopoczucie i chociaż nie chciałem się przyznawać do tego, to się go bałem. Nie lubiłem Wiktora 🤪 w chwilach kiedy ja mówiłem o cierpieniu zaburzenia, a ten mówił, że to dobrze, że cierpię bo inaczej i tak się nie da, ale mogę żyć na takim poziomie na jakim mogę czyli akceptacja. Długo nie rozumiałem bo przecież to miało przejść i dla mnie to było proste, mam się dobrze poczuć. Teraz jak to piszę śmieję się jakież to było naiwne bo jedyne co robiłem to adorowałem cierpienie więc nie mogłem go akceptować i poczuć się dobrze. Pierwszy rok poza ryzykowaniem, które starałem się naprawdę robić, nie robiłem wiele więcej, bo też czułem się źle a ryzykowanie zabierało mi sporo energii. W końcu postanowiłem posłuchać rady z tym cierpieniem i zacząłem zwracać uwagę na to co mam, nie było w tym chęci a robiłem to raczej na siłę. Czyli cierpieć ale też zauważać bardziej głową niż sercem wszystko co mam wokół siebie poza zaburzeniem i robić to co robiłbym dawniej. Od początku starałem się nie ograniczać i to jeszcze zanim trafiłem na Wiktora czy na DiwoWicka ale tu dzięki nim nastąpiła ważna zmiana, bo ja zacząłem wyprzedzać strach i złość czyli kiedy następnego dnia miałem iść do kolegi i wiedziałem, że nie będzie normalnie bo nie będę się dobrze czuł i będę na pewno się tym złościł lub przerażał to uświadamiałem sobie, że i tak jest okey, bo mogę brać w tym wszystkim udział. Nie do końca tak jak ja bym chciał bo nie czuję siebie i z obecnymi objawami ale nadal mogę i żal starałem się zostawiać tak jak wszystkie inne myśli w nerwicy. Nie rozkręcałem już tego żalu a potraktowałem go jak wszystkie inne wkręty. Docenianie spraw wokoło poza zaburzeniem było częścią mojej akceptacji objawów i cierpienia a nawet nie wiem czy nie właśnie akceptacją ogólnie bo powoli coraz częściej wychodziłem ze swojej głowy i skupiania się na tym jakie mam objawy. Poza tym ważne było ograniczenie tematyki zaburzeń. Miałem zresztą taki nakaz bo w pierwszym roku sporo czasu spędzałem na czytaniu różnych artykułów psychologicznych i nie wiem czy dawało mi to coś tak naprawdę a raczej częściej komplikowało. Bo badania psychologiczne są ciekawe ale mało w tym praktyki życiowej.
Wyzdrowienie z tego choróbska było połączeniem kilku czynników i chcę to od siebie przekazać wam wszystkim.
Wiktor zawsze prosi odburzonych żeby zarysować że to nie było takie wszystko proste bo dużo osób podobnież za mocno liczy czas jaki jeszcze minie. Mnie to się akurat nie wkręciło aż tak z tym czasem, bo w sumie wolałem żeby trwało to dłużej ale coś z tym robić niż być skazanym na leki, które wiem po mojej mamie nie są wcale takie neutralne dla organizmu. Można się nimi jakiś czas podpierać ale nie chciałbym ich brać przez dziesięciolecia. Czas nie był moją wkrętką chociaż czuć się chciałem dobrze już w tej chwili ale kto nie chce?! Czas na zmiany sobie dawałem a że nie było proste to na pewno nie było ale to by trzeba być obecnym w mojej głowie każdego dnia żeby to naprawdę zrozumieć. Wiem po sobie i grupowych że każdy i tak będzie myślał że jego to najgorsze 🤪  Szczególnie że teraz kiedy czuje się dobrze wszystko zlewa się w całość. Wiem tyle że jak miałem percepcję zaburzenia to potrzebowałem robić to co do mnie należało i nie zawsze wszystko do razu wychodziło tylko przychodziło z czasem. To co przekazać chcę od siebie to żeby postawić na różne terapie, choć może nie na różne nurty ale różne organizacje terapii. Akurat ja miałem pod koniec grupową i indywidualną u Wiktora ale gdybym się załapał tylko na jedną, to na drugą poszedłbym gdzie indziej. Wszystkie terapie jakie miałem i to nawet te wcześniejsze miały znaczenie w moim zdrowieniu i gdybym trafił od razu tylko do Wiktora, to na pewno musiałbym najpierw przemielać tematy zaburzenia, bo powtarzalność była tym czego potrzebowałem a tak chodząc na terapie w innej tematyce potrzeba mi było dwa lata na zaburzenie a łącząc to uczciwie z DiwoWickiem i PoznawczoBehawioralną terapią to trzy lata. Miałem jednak też inne problemy niż tylko nerwica a w zupełności zgadzam się i jeszcze raz walę czołem o podłogę przed Wiktorem, że tak dużo energii wkłada w obrabianie tematu mechanizmów nerwicy, bo nerwica była rzeczywiście na pozór powiązana ale ogółem oddzielna od innych spraw kiedy mi się nakręciła i widzę to sam po czasie różnych terapii  ale poza zaburzeniem miałem wielki problem z chowaniem w sobie emocji i na to też poświęciłem dużo czasu bo poświęciłem go na terapię emdr i wszystkie trzy grupowe a więc trzy albo cztery lata z przerwami.
Nie potrafię sobie wyobrazić dobrze sytuacji z jedną terapią dla zaburzenia podczas której musiałem powtarzać to samo i mieć powtarzane to samo, bo bez tego nerwica robiła mi najczęściej po czasie zbyt duży kwas i żyłem znowu tylko zaburzeniem. Więc nawet gdy chciałem na indywidualnej z Wiktorem coś poruszyć innego, albo Wiktor chciał, to co chwila trzeba było powtarzać zasady wychodzenia z nerwicy i okazało się to najbardziej potrzebne w tym problemie więc nie byłoby czasu na inne sprawy. Dlatego dwie pieczenie na jednym ogniu by nie wyszły u mnie na pewno i choć nie rozmawiałem z bardzo wieloma zaburzonymi ale kilkoma odburzonymi, to każdy z nich coś miał do nerwicy dodatkowo i nie mógł tego po prostu zostawić bez ruszenia i ja też nie mogłem.
Przy problemach ze sobą poza tymi nerwicowymi też chciałbym coś dodać od siebie. Do Wiktora na grupowe terapie chodziłem dwie i pisałem, że druga była lepsza i było tak dlatego, że na tej pierwszej osoby które na nią chodziły i które serdecznie pozdrawiam chciały zostać idealnymi maszynami i zrobić wszystko naraz. Według mnie nie można takich rzeczy chcieć bo nie widzi się wtedy postępów. Nie można też według mnie stać się już taką maszyną  po nieciekawym dzieciństwie. Zawsze już będę synem moich rodziców, mamy chorej psychicznie i taty, który nie radzi sobie najlepiej ze sobą i zawsze był zdominowany przez mamę a gdy jej zabrakło to się posypał i nic nigdy z tym nie chciał zrobić. Oni mnie wychowywali i nigdy nie będę wewnętrznie idealny, dlatego skupiłem się żeby poprawić to co najbardziej źle na mnie wpływa i to co mogę zmienić, a było to zamknięcie w kokonie i obawa przed oceną i ograniczanie przez to swojego życia. Mam 30 lat i dziewczynę dopiero od roku i to pierwszą więc ja nie chcę być idealny wewnętrznie, tylko chciałem skupić się na czymś najbardziej dokuczliwym i teraz chcę się cieszyć, że jestem inny niż dawniej i moje życie jest dużo lepsze. 🥳Nie chciałem od siebie oczekiwać niemożliwego i to pozwoliło mi na zmiany i na samym początku pierwszej grupowej zauważyłem po innych, że prawie wszyscy chcą zrobić wszystko za jednym zamachem a ja postanowiłem nie iść tym tropem i skupić się na moich najważniejszych ograniczeniach.
Zaburzenie za to nie minęło od razu co też od siebie podkreślam. Ten wpis zdecydowałem się zacząć robić po pewnym teście🤓 który podpatrzyłem u innej odburzonej. Poprawiać zaczęło się przed wakacjami poprzedniego roku i były to dni w których czułem się dobrze, ale moja pamięć wracała do tych uczuć i znowu czułem się źle. Trochę jednak wyrobiłem się w tym docenianiu życia z cierpieniem pod pachą i dlatego po czasie znowu było lepiej ale lepiej do tego stopnia, że czułem się dobrze dłuższy czas niż zwykle. Tylko że nie dałem rady o tym pomyśleć bo wracało a nie dało się na życzenie nie pomyśleć więc wracało. Wrzesień był już naprawdę dobrym miesiącem i pierwszy raz od kilku lat czułem się dobrze całe cztery tygodnie i zauważyłem z niemałym zdziwieniem ale też niepokojem, że mogę o tym pomyśleć i nie wraca a jeśli już to słabsze. Nie wiem czemu czułem wtedy lęk ale chyba dlatego że to było inne niż dotychczas czyli nowe. Coś się zmieniło a ja przyzwyczajony już do ścinania analizy postanowiłem wcale tego nie analizować i nie myśleć czy zdrowieję czy nie. Dopiero na początku grudnia przez tydzień przeprowadziłem test i specjalnie myślałem o tych stanach i nic się nie pojawiało. Zero nawrotu złego samopoczucia, jakbym był w dwóch różnych filmach, bo w zaburzeniu wszystko się nakręcało samo a bez zaburzenia, nerwica i nakręcanie nie istnieją. Jakbym przełączał slajdy z zapisanych na puste. Nigdy wcześniej nie było u mnie takich sytuacji poprawy do tego stopnia, że mogłem o tym myśleć i było to całkowicie zwykłe i nic nie przychodziło. Minęły 4 miesiące i czuję się dobrze. Widzę normalnie, czuję miejsce w którym jestem i nie czuję się jakbym miał za chwilę dostać paniki albo że miałoby się coś złego wydarzyć. Dostałem nawet pracę handlowca, której kiedyś bałem się podjąć. Pandemia słabo umożliwia mi rozwój w tej pracy obecnie ale gadam z dużą ilością ludzi i to jest mega. Nie przejmuję się też innymi bo wiem, że zawsze mogę powiedzieć to co chcę i nie muszę unikać emocji ani takich sytuacji które je spowodują. Nie mam już wahań bo wiem, że zareaguję jeśli będzie trzeba. Zaburzenia nie ma, nawet o nim ostatnio myślę każdego tygodnia i nie wraca. Dlatego uznałem, że ta cała praca nad sobą się opłaciła i to od pierwszej terapii. Jestem też świadomy, że poprawa jest krótka jak na razie w moim zaburzeniu ale nie było takiej do tej pory i dlatego jestem teraz mocno pewien tego, że to mija a to rozwala mój jeden z gorszych lęków nerwicy. Myślę że będę w stanie się w razie co zmierzyć z nią bo i zaryzykować potrafię i pobyć z własnym cierpieniem. Myślę też, że własny problem wewnętrzny naprostowałem mocno. To co tu opisałem przyszło mi łatwo a nie umiałem pisać ani mówić o sobie i swoim przeżywaniu. Ideałem nie chcę zostać bo uważam że nie da się całkiem po takim wychowaniu ale to co mi wadziło w życiu najbardziej, zostało powoli poddane obróbce i produkt wyszedł dobry.
Pisane wszystko na telefonie więc też dalekie od ideału ale tym już też się nie martwię. Dziękuję jeśli to przeczytaliście do końca i było mi bardzo miło się z wami tym podzielić, mam już od jakiegoś czasu dużo chęci ma rozmowy ale pomagać nie chciałbym nikomu bo frustracja znowu by mnie zaburzyła 😁 Większość nagranych sesji pokasowałem jeszcze przed poprawą bo nie mogłem już sam siebie słuchać 😁

Co Twoim zdaniem najbardziej pomogło Ci w działaniu, wyciągnięciu własnych wniosków, odburzeniu? Czy pomogła Ci jakaś terapia, nurt? Co najbardziej w niej ceniłeś? Pomogły jakieś książki? Podziel się tym. 🙂
Wszystkie moje terapie przydały mi się w całości ale w samym zaburzeniu głównie racjonalizacja, ryzykowanie, życie z cierpieniem pod pachą i bardzo powolne zrozumienie że z tym cierpieniem to na tym polega a nie odwrotnie i nie ma innej drogi ale tak jak sam Wiktor często mówisz, odburzania trzeba mocno doświadczyć na sobie i dlatego wszystko jest potrzebne po trochu i to nawet błędy

Co najbardziej utrudniało Ci pracę nad sobą?
Nie chciałem dopuścić do siebie, że najpierw muszę się wycierpieć żeby coś zmieniło się i żyłem przez to swoimi marzeniami i pragnieniami wyobrażonej poprawy a to mnie stale oszukiwało, oszukiwałem sam siebie

Czy w okresie zaburzenia lub pracy nad sobą wspomagałeś się jakimiś lekami? Wymień je proszę i napisz własne zdanie, co do ich działania oraz sensu brania w Twoim wypadku.
Brałem pomocniczo zomiren i przez pewien czas mozarin, wspierał mnie bo zmniejszał odczuwanie objawów ale moje podejście do leków jest negatywne, moja mama brała je dziesięciolecia i trudno mi uwierzyć w ich neutralność dla organizmu. Dlatego wolałem i chciałem brać je tylko krótki czas w zaburzeniu. Moja mama wyjścia nie miała takiego jak ja i brać leki musiała

Czy to co męczyło Cię podczas zaburzeń zmodyfikowało się? Czy objawy jakie wymieniłeś wyżej minęły całkowicie? Czy jest jeszcze coś nad czym pracujesz dalej, chcesz pracować?
Opisałem to w historii, mój główny problem wewnętrzny naprawił się w dużym stopniu umożliwiając mi życie lepsze niż dawniej. Zaburzenie na ten moment minęło i jest to pierwsza tego rodzaju poprawa od kilku lat
W przyszłości kiedy będę miał dzieci chcę pracować nad tym żeby doświadczały różnych emocji a nie tylko skrajności w jedną stronę bo to chyba nigdy nie kończy się dobrze. Dodatkowo teraz trochę nad związkiem bo kiedy bałem się oceny to nie chciałem się mocno zbliżać, teraz zbliżyłem się już i jest w porządku ale jestem trochę dziki bo to coś nadal nowego w moim życiu. Najlepiej szefie już teraz rób miejsce w kalendarzu dla pary 😁

Od jak dawna czujesz się odburzony? Ile czasu pracowałeś na odburzenie, zmiany?
Na zmiany i odburzenie pracowałem od początku pojawienia się pierwszych problemów z nerwicą. Początki są trudne ale już wtedy poszedłem na terapię. Dlatego liczę ten okres jako całość a minęło od tamtego okresu do dziś 6 lat

Czy poprawa, zmiany nastąpiły nagle czy stopniowo?
Stopniowo